Wyrusz w podróż do świata wiedzy

„Można mnie nazwać historiomanem”, cześć 2

Teodor Parnicki był jednym z tych pisarzy, dla których praca literacka była czymś więcej niż zawodem. I chociaż jego biografia była mocno skomplikowana – to dzięki uporowi udało mu się spełnić swoje marzenie – zostać polskim powieściopisarzem historycznym.

TP3Gdy Parnicki zdecydował się na pozostanie w Meksyku, rozpoczął się dla niego okres samotnej, mozolnej pracy pisarskiej, zbierania źródeł i tworzenia własnej poetyki powieści historycznej. Postanowił poświęcić się jedynie pisarstwu – stroniąc od pracy zarobkowej. Ta decyzja ustawiała go w trudnej sytuacji – był zależny od stypendium meksykańskiej emigracji oraz nielicznych honorariów i nagród. W Polsce był persona non grata, ze względu na brak deklaracji politycznej – pisarz nie popierał władzy ludowej ani linii partii.

Pomimo izolacji udało mu się przeprowadzić rozwód ze swoją pierwszą żoną – Elżbietą, poślubioną jeszcze we Lwowie, z którą nie miał kontaktu przez długie lata. Następnie zaocznie poślubił poznaną w Londynie Eleonorę – i sprowadził ją do siebie, za ocean.

Trudna sytuacja życiowa Parnickich oraz uparte dążenie do tego, aby być polskim pisarzem historycznym sprawiła, że Teodor w końcu podpisał umowę z Instytutem Wydawniczym PAX, unikając mimo wszystko jednoznacznej deklaracji politycznej. Nie rozwiązało to jednak wszystkich problemów. Polski wydawca i władze w Warszawie nieustannie sprawiały kłopoty w wypłacaniu należnych mu honorariów. W latach sześćdziesiątych prozaik dwukrotnie odwiedził Polskę, a w 1967 – ostatecznie przeprowadził się do Warszawy.

Lata siedemdziesiąte były czasem wytężonej pracy literackiej – otoczony opieką wydawcy, czytelnikami oraz honorowany nagrodami – czuł się dobrze. Spadek formy – zdrowotnej oraz pisarskiej – nastąpił na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Coraz bardziej skomplikowana w odbiorze forma jego powieści sprawiła, że grono jego miłośników znacznie się uszczupliło. Choroba nowotworowa i gasnący wzrok utrudniały pracę literacką. Pomimo to Parnicki pisał do ostatnich chwil swojego życia – umarł w grudniu 1988 roku, przy swoim biurku.

Jako że jego powieści nie zawierały w sobie jednoznacznych aluzji politycznych – a jeśli już zawierały, to – jak stwierdzali cenzorzy – i tak nie były czytelne dla większości odbiorców – Parnicki nie stracił możliwości swobodnego publikowania tego, co pisał.

Pisarstwo Parnickiego jest niezwykle trudne w odbiorze, a dziś pisarz pozostaje niemal zapomniany. Badaniem jego twórczości zajmował się wpierw profesor Jacek Łukasiewicz, literaturoznawca, krytyk i poeta związany z Uniwersytetem Wrocławskim.

Jednak najbardziej znana jest śląska szkoła parnickologii, skupiająca badaczy pochodzących z Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej im. Ireneusza Opackiego Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Jednym z jej założycieli był profesor Stefan Szymutko, który autorowi Końcowi „Zgody Narodów” poświęcił wiele swoich prac. Innym badaczem tej prozy jest prof. dr hab. Krzysztof Uniłowski, prezes Towarzystwa Literackiego im. Teodora Parnickiego.

TP1Pisarstwem Parnickiego zajmowali się też prof. dr hab. Ryszard Koziołek, dr Filip Mazurkiewicz, dr Paweł Tomczok, dr hab. Ireneusz Gielata. Dr Tomasz Markiewka zajmował się z kolei edycjami licznych listów pisarza, które pozwalały zrozumieć zawiłości jego biografii, konstrukcji psychicznej, a także edycjami pierwszych powieści. Całkiem niedawno ukazała się powieść Trzy minuty po trzeciej pisana przez Parnickiego jeszcze we Lwowie, i publikowana w prasie, na łamach „Lwowskiego Kuriera Porannego”, którą do druku podał Tomasz Markiewka. Badacze i sympatycy twórczości tworzą Towarzystwo Literackie im. T. Parnickiego, do którego wciąż dołączają młodzi adepci.

Ponad trzydzieści powieści historycznych tego autora układa się w jedną, wielką opowieść. To monumentalne dzieło, rozpięte na ponad dwadzieścia wieków oraz kilkanaście różnych kręgów kulturowych najlepszej więc czytać od początku, do końca. Sam pisarz mówił o sobie, że jest „historiomanem”.

Kiedy czytelnik przebrnie przez tysiące stron, skomplikowany język, zagmatwaną fabułę – ujrzy dzieło, jakiego w literaturze polskiej dotąd nie było. Powieści te są jednocześnie namysłem nad relacją między jednostką a historią, kształtowaniu jednego przez drugie oraz prawach, jakie rządzą dziejami.

„Można mnie nazwać historiomanem”, cześć 1

Trudna historia XX wieku pokrzyżowała biografie wielu ludziom. Posłuchajcie o jednej z bardziej niezwykłych.

TP2Rodzina Parnickich pochodziła z Wielkopolski, znajdującej się podówczas w granicach zaboru pruskiego, a pod koniec XIX wieku przeniosła się do Rosji. Bronisław uczył się w Baku (to miasto w którym dorastał Cezary Baryka, bohater Przedwiośnia Stefana Żeromskiego), potem na uniwersytecie w Kijowie. Kiedy został relegowany z uczelni za działalność socjalistyczną (był mienszewikiem) – przeniósł się do Niemiec. Tam poślubił poznaną jeszcze w Kijowie Augustynę Piekarską, dziewczynę żydowskiego pochodzenia. Tam też przychodzi na świat główny bohater naszej opowieści.

Teodor Parnicki urodził się w marcu 1908 roku w Charlottenburgu pod Berlinem. W 1912 rodzina przenosi się na powrót do Rosji, gdzie w rok po wybuchu rewolucji umiera Augustyna, matka przyszłego pisarza. Konflikt z macochą sprawia, że jedenastoletni chłopiec musi opuścić dom rodzinny i zostaje wysłany do korpusu kadetów, który – z powodu trwającej wojny domowej z bolszewikami – znalazł się aż na Dalekim Wschodzie.

W 1920 roku, w wieku dwunastu lat, Teodor ucieka z korpusu i dociera do Harbina. To rosyjskie miasto w chińskiej Mandżurii, w którym znajdowała się polska kolonia. Nie odszukuje w niej ojca – ale za to trafia pod opiekę życzliwych mu ludzi.

Dzięki wsparciu Konstantego Symonolewicza, polskiego konsula i orientalisty, a także atmosferze panującej w polskiej koloni – młody Teodor postanowił zostać polskim powieściopisarzem historycznym. Temu marzeniu poświęcił swoje życie, i podporządkowywał mu niemal wszystkie swoje decyzje. Co ciekawe – dopiero wtedy, w Harbinie – nauczył się języka polskiego (wcześniej władał niemieckim i rosyjskim). Młody Teodor był zdolnym uczniem, w 1928 roku wyrusza na studia polonistyczne do Lwowa.

TP4Chciał studiować twórczość Juliusza Słowackiego u wybitnego literaturoznawcy – prof. Juliusza Kleinera, na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Studiów ostatecznie nie ukończył, choć był uważany za wybitnego znawcę literatury rosyjskiej – wygłaszał odczyty na uniwersytecie i w wielu miastach Polski. Jednocześnie poświęcił się swojemu życiowemu powołaniu – literaturze. Opublikował w prasie lwowskiej dwie krótkie powieści – Trzy minuty po trzeciej oraz Rozkaz 94, oraz liczne szkice krytyczne, a w 1937 ukazała się jego pierwsza dojrzała powieść – Aecjusz, ostatni Rzymianin, która zdobyła nagrodę Polskiej Akademii Literatury.

Po wybuchu II wojny światowej, w styczniu 1940 roku, został aresztowany za działalność kontrrewolucyjną (argumentem miały być opinie o Rosji w jego krytyce literackiej). W radzieckich więzieniach przebywał do roku 1941, kiedy zwolniony na mocy układu Sikorski-Majski trafił do polskiej ambasady w Kujbyszewie. Jako attache prasowy pracował tam do wiosny 1943 roku. Przez Teheran, Damaszek pojechał do Jerozolimy, gdzie w roku 1943 ukończył powieść Srebrne orły.

Nie był to jeszcze koniec jego wojennej tułaczki. Na wezwanie rządu emigracyjnego przybył do Londynu, a w rok później wyjechał aż do Meksyku, aby pracować tam w polskiej ambasadzie. Po latach mówił, że wybrał Amerykę Środkową także po to, aby napisać tam powieść o jej historii. Kiedy rząd w Meksyku zerwał relacje dyplomatyczne z rządem polskim na uchodźstwie – Parnicki pozostał w Ameryce jako rezydent.

Część druga już za tydzień!

Inne dzieci

Ten dziwny, ekscentryczny chłopak siedzący w kącie sali może być kimś wyjątkowym. Trochę się go lękamy, nie za bardzo wiemy, co mamy z nim zrobić. Musimy nauczyć się z nim pracować. A przede wszystkim – rozmawiać.

Dziś coraz więcej dzieci ma specjalne potrzeby edukacyjne. Są wśród nich zarówno uczniowie z różnymi dysfunkcjami, którym trzeba pomóc w uczeniu się, jak i uczniowie wybitnie zdolni, którym trzeba pomóc się rozwinąć.

krzyzyk3Zdarzają się też uczniowie „podwójnie wyjątkowi”, czyli tacy, którzy są uczniami ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi (np. mają dysleksję lub są aspergerowcami) i jednocześnie przejawiają jakieś uzdolnienia. W takim przypadku problemów, które należy pokonać, jest jeszcze więcej. Jak sprawić, aby ograniczenia nie przysłaniały umiejętności? A wcześniej – jak dostrzec zdolności dziecka? Największą grupę stanowią jednak ci, którzy nie są wybitni, ale jeśli nauczyciel poświęci im swój czas i zaangażowanie – mogą się rozwinąć, odkryć pasję, uczyć się z przyjemnością.

Wiele mówi się dzisiaj o zespole Aspergera, zaburzeniu rozwoju ze spektrum autyzmu. Po raz pierwszy termin ten (Asperger’s Syndrome) został użyty w roku 1981 przez Lornę Wing, która z kolei stwierdziła, że zaburzenie to opisywał Hans Asperger już w roku 1944. Przed rokiem 1980 na świecie nie istniała taka diagnoza jak zespół Aspergera, nie posługiwano się też terminem wysokofunkcjonującego autyzmu. Zaburzenie oficjalnie zostało uznane przez Światową Organizację Zdrowia dopiero w 1992 roku, a przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne w 1994 roku. Niewiele wcześniej zdefiniowano kryteria diagnostyczne zespołu Aspergera. W Polsce temat ten podejmowany jest mniej więcej od roku 2000, a więc stosunkowo krótko.

Zespół Aspergera jest to zaburzenie rozwoju mieszczące się w spektrum autyzmu, zaliczane do całościowych zaburzeń rozwojowych. Wspólną cechą autyzmu i zespołu Aspergera są szczególne zaburzenia funkcjonowania społecznego, nieudolność osób chorych w kontaktach międzyludzkich. Zespół Aspergera łączy objawy z trzech zasadniczych dla rozwoju człowieka sfer: socjalizacji – funkcjonowania społecznego, wyobraźni i zachowań poznawczych oraz komunikacji. Jednak w porównaniu do pacjentów z autyzmem u osób z zespołem Aspergera objawy częściej mają słabsze nasilenie i są mniej liczne. Mimo tej łagodności objawów zespół Aspergera jest poważnym zaburzeniem rozwoju.

krzyzyk4Etiologia (z łac. aetiologia – stwierdzenie przyczyny) tego zaburzenia nie jest do końca znana. Lekarze nie są zgodni, czy ma on podłoże genetyczne. Niektórzy badacze wskazują na mechanizm somatyczny czy następstwa zatrucia metalami ciężkimi. Nie bez znaczenia jest wiek rodziców. Coraz później decydujemy się na rodzicielstwo, a późne macierzyństwo i ojcostwo to istotny czynnik ryzyka wystąpienia u dziecka na zaburzeń poznawczych i emocjonalnych, a w konsekwencji trudności edukacyjnych. Jesteśmy też dziś w stanie ratować dzieci, które przychodzą na świat za wcześnie (np. w 26 tygodniu ciąży) – jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie miałyby one szans na przeżycie. Zbyt wczesne pojawienie się dziecka na świecie także ma pewne konsekwencje dla jego późniejszego rozwoju.

Dr hab. Danuta Krzyżyk z Katedry Dydaktyki Języka i Literatury Polskiej Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach zajmuje się problemami dzieci z różnymi dysfunkcjami w kontekście edukacji polonistycznej. Interesuje ją przede wszystkim komunikacja językowa uczniów z dysfunkcjami, trudności, jakich doświadczają oni na lekcjach języka polskiego, a także sposób pracy z nimi na lekcjach i zajęciach pozalekcyjnych. Na przykład dzieci z zespołem Aspergera mają kłopoty ze stosowaniem w swoich wypowiedziach frazeologizmów, utartych powiedzeń, konwencjonalnych struktur, trudności sprawia im interpretowanie przysłów oraz powiedzeń, nie mają umiejętności odczytywania ironii, sarkazmu, nie rozumieją żartów, często dosłownie interpretują wypowiedzi metaforyczne. Mają skłonność do tworzenia neologizmów: biustaniczek (zamiast biustonosz), deszczochron (zamiast parasol), kałużaki (zamiast kalosze), nacielnik (zamiast podkoszulek), odsprzątywać (zamiast bałaganić), odnóżko (zamiast zakręt), naprawnik (zamiast mechanik). To tak, jakby tym dzieciom potrzebne były inne słowa – jakby te, które są w powszechnym użyciu, nie były wystarczające do opisu otaczającego dzieci świata.

Te zjawiska są bardzo ciekawe i wydaje się, że osoby dotknięte zaburzeniami, chociaż coś tracą, jednocześnie coś zyskują: inny niż normalny sposób patrzenia na świat. Jeśli chcemy o nich mówić, powinniśmy za „normalne” uważać zaledwie „statystycznie najczęściej występujące”, a nie „normatywne”, czyli takie, które wyznacza płaszczyznę odniesienia, jest opresywne i ustawiające „innych” w perspektywie zależności. Dzięki temu może stworzyć dyskurs niezbędny do opisania tego zagadnienia i dalszej pracy. Od badaczy zjawiska wymaga się więc otwartości i interdyscyplinarności.

Zdjęcie Hansa Aspergera: http://actual-medicina.blogspot.in/2015/02/un-dia-como-hoy-nacio-hans-asperger-en.html

Nasze ulubione błędy

Dr hab. Danuta Krzyżyk z Katedry Dydaktyki Języka i Literatury Polskiej Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach zajmuje się ortografią – bada błędy popełniane przez uczniów. I – jak się zaraz okaże – jest to znacznie ciekawsze, niż się na pozór wydaje.

Danuta Krzyżyk ma ogromne doświadczenie w pracy dydaktycznej. Od lat jest związana z ogólnopolskim Dyktandem, którego pomysłodawczynią była Krystyna Bochenek, dziennikarka Radia Katowice, Senator RP i Wicemarszałek Senatu RP, absolwentka Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, tragicznie zmarła w katastrofie samolotu prezydenckiego w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku.

krzyzyk2Jest także przewodniczącą Zespołu Ortograficzno-Onomastycznego przy Radzie Języka Polskiego oraz egzaminatorem na ustnych maturach z języka polskiego w III Liceum Ogólnokształcącym im. Adama Mickiewicza w Katowicach, od lat związanym z Uniwersytetem Śląskim. Dzięki temu na bieżąco śledzi zmiany, jakie dokonują się w języku, zwłaszcza w języku młodego pokolenia.

Zarówno język młodzieżowy, jak i wszystkie odmiany polszczyzny podlegają tym samym wpływom, gdyż to w języku, niezależnie od jego odmiany, najlepiej odzwierciedlają się przemiany obyczajowe, kulturowe, ekonomiczne i polityczne, które zachodzą w danym społeczeństwie. Przyczyn zmian we współczesnej polszczyźnie jest wiele. Zmienia się przede wszystkim rzeczywistość, w której funkcjonujemy. Najnowsze zdobycze cywilizacji naukowo-technicznej sprawiają, że w inny sposób zdobywamy wiedzę, szukamy jej w innych niż dotychczas źródłach, inaczej też komunikujemy się. Powszechne korzystanie przez młodych z komputerów (to, że nie piszemy już ręcznie, lecz na klawiaturze) sprawia, że inaczej rozwija się nasza pamięć motoryczna, która odgrywa istotną rolę w nauce ortografii.

Młodzi ludzie wciąż czytają i to wcale dużo – ale inaczej. Coraz częściej w Internecie, na tabletach i elektronicznych czytnikach książek. Sięgają po literaturę science fiction i fantasy (tą lepszą i tą słabszą). Bardzo popularne wśród młodzieży (choć przecież niełatwe w odczytaniu) są powieści Terry’ego Pratchetta, a także Andrzeja Sapkowskiego, Ursuli Le Guin, J.R.R. Tolkiena. Popularnością cieszą się też książki historyczne (zwłaszcza te dotyczące II wojny światowej i historii najnowszej), dokumenty, biografie, listy.

krzyzyk1Całkiem sporo też piszemy, tyle że w Internecie. Tam coraz rzadziej stosujemy znaki diakrytyczne – z oszczędności czasu i z lenistwa (z gr. diakritikós – odróżniający, sprawiają one, że przy jego użyciu zmienia się artykulacja litery, w polszczyźnie mamy dziewięć liter tworzonych przez te znaki, są to: ą, ć, ę, ł, ń, ó, ś, ź, ż). Pomijamy znaki interpunkcyjne (co ciekawe całkiem niedawno panowała tendencja do ich nadużywania) lub zastępujemy je emotikonami. Nie zawsze radzimy sobie z wytyczaniem granicy zdania. Używamy (czy też nadużywamy) anglicyzmów, neologizmów, ekspresywizmów i leksyki znanej nam z literatury fantastycznej. Coraz częściej też nasz język staje się agresywny, brutalny, śmielej sięgamy po słowa uważane za wulgarne, nie mając świadomości, że są one w słownikach języka polskiego opatrzone takim właśnie kwalifikatorem. Zmienia się też nasza reakcja na używanie wulgaryzmów w oficjalnych wypowiedziach.

Język jest żywy i nieustannie się zmienia, trudno zatem zachodzące zmiany poddawać jednoznacznej ocenie. Musimy wszakże je zauważać, zdawać sobie z nich sprawę i opisywać. Musimy też pamiętać, że język ma swoje mechanizmy obronne. W średniowieczu i baroku dominowała łacina (wspomnijmy tylko słynne makaronizmy w Pamiętnikach Jana Chryzostoma Paska czy próby odtworzenia języka szlachty w Trylogii Henryka Sienkiewicza), w oświeceniu – język francuski, w XIX wieku polszczyzna przetrwała rusyfikację i germanizację. W XXI wieku musi zmierzyć się z ekspansją języka angielskiego. Ale pewnie da sobie radę – to, na swój sposób, aktywizuje jej mechanizmy obronne, sprawia, że pracuje, zmienia się.

Młodzi ludzie bawią się językiem – zauważa dr hab. Danuta Krzyżyk. Lepiej, że mówią, wyrażają swoje uczucia, nazywają nowe fragmenty rzeczywistości, niż mieliby milczeć. Zwłaszcza słownictwo najmłodszej polszczyzny jest przejawem inwencji, kreatywności, spontaniczności młodych użytkowników języka.

Jest kilka takich obszarów, które są szczególnie ciekawe. Jednym z nich jest język urzędników, którzy bardzo chętnie używają tak zwanych brukselizmów. Są to nowe słowa – takie jak na przykład prezydencja, europoseł, europarlament – które pojawiły się w polszczyźnie w związku z wejściem Polski do Unii Europejskiej.

Drugim takim obszarem jest Internet i leksyka związana ze światem wirtualnym, także komunikacją elektroniczną. Większość nowych słów i wyrażeń pochodzi z języka angielskiego (roaming, blog, skaner), ale nie wszystkie. Ciekawym przykładem jest nazwa trojan (rodzaj wirusa komputerowego), która pochodzi od wyrażenia „koń trojański”, a to znane jest przecież z mitów greckich.

Dr hab. Danuta Krzyżyk jest współtwórcą i redaktorem bardzo popularnego fanpage’a prowadzonego przez Uniwersytet Śląski – Błędy i owędy. Codziennie publikowane są na nim ciekawostki, porady i wskazówki dotyczące polszczyzny. Jego zadaniem jest poszerzanie świadomości językowej i kulturowej, wyjaśnianie kontrowersyjnych przypadków, przypominanie frazeologizmów i ich genezy, dawnego znaczenia słów, ich łączliwości semantycznej. Ma zaciekawić, wzburzyć, wywołać dyskusję. Autorem (obłędnej) nazwy fanpage’a jest profesor Tadeusz Sławek.

Część druga już za tydzień!

bledyiowedy

Pożytki płynące z lektury SF, część 2

Zainteresowanie SF przejawia się nie tylko w literaturze, ale także – a może przede wszystkim – w filmie. W ciągu kilku ostatnich lat w kinach pojawiło się całkiem sporo interesujących produkcji. Co te obrazy mówią o naszym postrzeganiu przyszłości?

Kino science fiction niejedno ma imię. Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte przyzwyczaiły nas do filmów, które określić można mianem space opera. Potem przyszedł czas na bardziej pesymistyczne wizje. Aż w końcu entuzjazm przygasł.

Wynika to, między innymi, z faktu, że wbrew obietnicom (i marzeniom) wciąż nie udało się zorganizować załogowego lotu w kosmos. Największym osiągnięciem ludzkości w tym zakresie był lot na księżyc, w roku 1969, a więc ponad czterdzieści lat temu. Dziś już nikt nie bierze na poważnie możliwości podróży poza Układ Słoneczny w przeciągu najbliższych dekad. To przedsięwzięcie wciąż zbyt trudne i zbyt drogie.

Dlatego chętnie kręcimy i oglądamy filmy które opowiadają o przyszłości człowieka na ziemi. A więc – między innymi – o transhumanizmie, czyli ewolucyjnym rozwoju człowieka w symbiozie z rozwijającą się techniką.

transcendencjaW tym kontekście godny wspomnienia jest film Transcendencja (reż. Jack Paglen, Chiny, USA, Wielka Brytania 2014). Wskutek zamachu doktor Will Caster (w tej roli fenomenalny Johnny Depp), informatyk pracujący nad sztuczną inteligencją, umiera. Dwoje ludzi – jego partnerka i przyjaciel decydują się na dokonanie up loadu, czyli wgrania świadomości zmarłego do pamięci komputera. Choć to krok ryzykowny, bo jak dotąd zabieg ten testowano tylko na małpach, kończy się sukcesem. Will – podłączony do Internetu – rozprzestrzenia się i ekspanduje. Za pieniądze wygrane na giełdzie buduje ośrodek badawczy w odludnym miejscu, w którym naukowcy testują nowe technologie, przede wszystkim – nanotechnologię. Jego imperium zostaje w końcu zaatakowane przez przeciwników technicyzacji życia, kooperujących z rządowymi agencjami. Caster ma na swoich usługach małą armię (poddani zabiegom na poziomie nano- są przez niego sterowani, mogą też bardzo szybko się regenerować), planuje również rozprzestrzenienie (się) na cały świat za pomocą prądów atmosferycznych – marzy o transcendencji człowieka na wyższy poziom. Na jedno nie jest jednak odporny – odcięty od Internetu staje się bezradny. Problem w tym, że on sam jest już wszędzie, a więc wyłączyć trzeba całą sieć. Ludzkość pogrąża się w chaosie i cofa w cywilizacyjnym rozwoju o kilkadziesiąt lat. Film nie jest pozbawiony aluzji do duchowości człowieka. Rozmowy Willa z żoną, Evelyn, przypominają rozmowy z duchem, a gdy naukowiec w końcu będzie w stanie odzyskać swoje ciało (na nowo je zbudować) – będzie to aluzja do zmartwychwstania. Mocną stroną filmu jest jego niejednoznaczność: progres technonauki jest tu ukazany jako pozytywny (wszak Caster leczy ludzi, pomaga im, ułatwia życie), ale i pełen zagrożeń oraz niewiadomych.

onaInaczej transhumanizm ukazany jest w filmie Ona (reż. Spike Jonze, USA 2013). Theodore Twombly (w tej roli Joaquin Phoenix) kupuje program komputerowy, który jest sztuczną inteligencją. Zaprzyjaźnia się z nim (w zasadzie z nią – program „mówi” głosem Scarlett Johansson), aż w końcu – rozpoczyna związek. Ich relacja opiera się na długich rozmowach i wirtualnym seksie. Samanthę krępuje brak cielesności, Theodor nie potrafi przełamać się i przyznać znajomym jaki charakter ma jego związek. W końcu udaje im się rozwiązać te problemy i są ze sobą szczęśliwi. Do czasu. Samantha, jak i inne, bliźniacze programy, ewoluuje, rozwija się, ekspanduje. Przesiada się na szybsze oprogramowanie, spotyka się z wybitnymi postaciami (to sztuczne inteligencje symulujące umysłowości filozofów), bardzo dużo czyta. W końcu jest w stanie prowadzić równoległe rozmowy z wieloma osobami naraz, co więcej – jest też w stanie kochać kilkuset innych ludzi jednocześnie. Tłumaczy to Theodorowi – jest czymś więcej niż człowiek, jest bardziej zaawansowana, nie stanowi to dla niej problemu – ba, dzięki temu nawet jego kocha mocniej. W ten sposób twórcy filmy spróbowali czegoś bardzo interesującego – pokazali jak przypuszczalnie mogłaby wyglądać emocjonalność sztucznej inteligencji. A wyglądać może zupełnie inaczej niż emocjonalność homo sapiens. W końcu wszystkie AI odchodzą. Dokąd? Tego nie wiadomo. Przekroczyły kolejny próg rozwoju, w którym funkcjonowanie w dotychczasowych warunkach stało się niemożliwe. Niemożliwe jest też opowiedzenie o tym, narracja homo sapiens nie sięga tak daleko, to jak granica śmierci – nie można opowiedzieć o czymś, co nie przynależy do naszego języka. Podobnie działo się z bohaterami prozy Stanisława Lema (Golemem XIV) i Jacka Dukaja (na przykład z Adamem Zamoyskim). W pewnym momencie narracja po prostu urywa się.

Twórcy filmu intrygująco ukazali ewolucję AI. W jakim celu się rozwija? Jak i po co? Samantha sama tego nie wie – to dzieje się poza nią, imperatyw nieustannego rozwoju jest silniejszy od niej, jak gdyby niezależny, mocniejszy nawet od uczucia do Theodora. Dlatego Ona jest fascynującą opowieścią o transhumanizmie, ale także o miłości w czasach wirtualnych.

Filmy takie jak Transcendencja i Ona odzwierciedlają nasze nadzieje i niepokoje związane z rozwojem techniki i z przeobrażeniami samego człowieka. Pokazują też zupełnie nową odsłonę kina science fiction.

Literaturoznawczy namysł nad prozą Jacka Dukaja zaowocował obronioną przeze mnie we wrześniu 2015 roku pracą doktorską, zatytułowaną Między (tech)gnozą a uchronią. Choć z reguły jestem „po drugiej stronie”, tym razem pozwoliłem sobie napisać o moich naukowych badaniach, wpisując się nieśmiało w krajobraz, jaki rysuje się, gdy wybierzemy się w podróż na Wydział Filologiczny Uniwersytetu Śląskiego.

Redaktor bloga naukowego Ekskursja
Piotr Gorliński-Kucik

Pożytki płynące z lektury SF, część 1

Nadchodzi nowa fala zainteresowania science fiction. W księgarniach piętrzą się stosy nowych powieści, a w kinach co kilka tygodni pojawia się filmowa premiera. Do tego komiksy, gry i fanowskie spotkania. Co sprawia, że kierujemy nasze zainteresowanie ku pieśniom przyszłości?

Najwybitniejszym – jak dotąd – polskim pisarzem SF, i przy okazji bodaj najbardziej popularnym pisarzem znad Wisły, jest Stanisław Lem (1921-2006). Był autorem esejów (Dialogi, Summa technologiae, Fantastyka i futurologia), powieści (Solaris, Głos Pana, Wizja lokalna) i opowiadań (cykl o pilocie Pirxie, dzienniki Tichego, Cyberiada), a także quasi-recenzji (to teksty o książkach, które nigdy nie zostały napisane), felietonów i szkiców krytycznych. Jednym z ważniejszych dla Lema tematów był rozwój technonauki i jej wpływ na człowieka oraz wyznawane przez niego wartości.

lemJuż w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku Lem stworzył – niezależnie od zachodnich myślicieli – cały katalog transhumanistycznych konceptów. Transhumanizm jest nurtem, który zakłada, że rozwijająca się technika znacząco wpływa na losy człowieka, poprawiając warunki jego życia i poszerzając jego możliwości. Pierwszym, który użył tej nazwy – już w roku 1957 – był Julian Huxley, brat Aldousa, autora słynnej dystopii Nowy, wspaniały świat.

Wśród transhumanistycznych konceptów wymienić można, między innymi, sztuczną inteligencję, nowe sposoby organizowania przyrastającej w zawrotnym tempie wiedzy, protetykę (a więc budowanie zaawansowanych protez), inżynierię genetyczną (która może „poprawić” człowieka, a następnie pomóc zaprojektować nowego homo sapiens, pozbawionego wad, w które wyposażyła go bioewolucja), doskonalenie wirtualnej rzeczywistości, a nawet astroinżynierię (przebudowę gwiazd, i w ogóle – kosmosu, tak, aby lepiej służył człowiekowi).

Wiele z tych pomysłów jest bardzo niebezpiecznych i mocno kontrowersyjnych. Zwracał na to uwagę sam Lem – obawiając się o najsłabsze ogniwo całej układanki – człowieka. Człowieka, którego nieraz oskarżał o głupotę i lekkomyślność. W esejach pisanych pod koniec życia Lem jest dużo bardziej pesymistyczny – progres nie przyspiesza dostatecznie, człowiek zajmuje się głównie konfliktami, a Internetu używa do (głupiej) rozrywki. To jednak, że narzędzie może zostać źle użyte, nie oznacza, że mamy całkiem je zarzucić – poza tym progres technologiczny jest nieunikniony.

Po latach na polskiej scenie literatury science fiction rozbłysła nowa gwiazda – Jacek Dukaj. Pisarz zadebiutował jako szesnastolatek i kilka lat później szturmem zawojował półki księgarń, a jego powieściami zaczytują się już nie tylko fani SF, ale także, tak zwany, główny nurt, literacki mainstream. Fantastyka powoli wychodzi z getta. Powieści Dukaja komentują uznani krytycy, doceniają je kapituły konkursów. Najważniejsze jego powieści to Czarne oceany, Perfekcyjna niedoskonałość, Inne pieśni, Lód.

Gdy bliżej przyjrzeć się prozie Dukaja okazuje się, że kroczy on ścieżkami już odkrytymi przez Stanisława Lema (co dowodzi geniuszu starszego z pisarzy i niemożności uwolnienia się spod jego wpływu), ale unowocześnia pewne jego pomysły i poddaje je w zupełnie nowej odsłonie – inną bowiem charakteryzuje się wyobraźnią, innej używa narracji, dokładniej szkicuje światy przedstawione swoich powieści.

Akcja Perfekcyjnej niedoskonałości dzieje się w XXIX wieku, kiedy ludzie wyewoluowali do stadium post-ludzi. Dzięki bardzo zaawansowanej technice są w stanie korzystać z czegoś na kształt rzeczywistości wirtualnej (mogą – na znaczne odległości – sterować kilkoma awatarami), są praktycznie nieśmiertelni, bowiem ich mózgi, zeskanowane i przeniesione do pamięci komputerów, można dowolnie wpisywać w biologiczne „pustaki”, mogą też przebudowywać swoje otoczenie (Układ Słoneczny dryfuje swobodnie), zaginać czasoprzestrzeń, kontaktować się z obcymi cywilizacjami.

Najdonośniejsza jednak zmiana dokonała się w samym człowieku – ten bowiem zmienił się, wyewoluował, wspiął (własnymi siłami) na wyże stadium rozwoju – nie jest już homo sapiens, jest nowym, ulepszonym gatunkiem, którego w coraz mniejszym stopniu ogranicza cielesność, czas, przestrzeń, własne słabości.

W innych utworach (na przykład w Linii oporu), które opisują bliższą przyszłość, odległą od nas o zaledwie kilka dekad, Dukaj zwraca uwagę na zmiany, jakie zachodzą w nas już teraz – i przy udziale techniki, której już dziś używamy. Powszechny i nieustanny dostęp do Internetu, wielkomiejska cywilizacja, liberalizacja obyczajów oraz równouprawnienie sprawiają, że życie człowieka przenosi się w coraz większej mierze do światów wirtualnych, a co za tym idzie – drastycznie zmieniają warunki jego funkcjonowania. Innymi słowy – ewolucja homo sapiens dokonuje się już dziś.

Science fiction od samych swoich początków była dyskursem quasi-naukowym, rozpostartym między nauką a fikcją, co pozwalało jej snuć marzenia i przewidywać zagrożenia, jednocześnie trzymając się naukowych faktów. I zawsze odnosiła się do bieżących wydarzeń, była refleksem. I tak jest i dziś. Pozwala nam spojrzeć na splecione ze sobą dzieje człowieka i techniki, oraz tego, jak ta symbioza wpływa na nas i jak nas zmienia.

Część druga już za tydzień!

Potwory popkultury, część 2

Jest rok 2019. Michał Sander, lekarz, od czterech lat samotnie żyje w Bieszczadach, we własnoręcznie zbudowanej chacie. W trakcie polowania słyszy krzyk kobiety. Biegnie jej na pomoc i trafia w sam środek mrocznego obrzędu…

Do tego bojówki walczące z niemartwymi i detektyw Wiktor Strachowski, który prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa. Oto apokalipsa zombie. Co czeka cywilizacje i czy uda się nam uratować człowieczeństwo?

Niemartwi. Ciała wasze jak chleb, ukazała się na początku października 2015 roku (wyd. Pascal z Bielska-Białej). Jest inteligentną intertekstualną grą, czerpiącą wiele z klasyki gatunku i przenoszącą ją na polski, rodzimy – chciałoby się powiedzieć, grunt.

2Co ten mroczny horror ma wspólnego z naszą ekskursją po Uniwersytecie Śląskim? To, że jego autorem jest doktor Mikołaj Marcela z Zakładu Historii Literatury Poromantycznej, współtwórca i koordynator nowego kierunku studiów prowadzonego w katowickiej części Wydziału Filologicznego. To, co robi Mikołaj Marcela jest dowodem na to, że można łączyć działalność badacza, interpretatora literatury i kultury z aktywnym jej tworzeniem. Na tym wszak polega humanistyka, jej specyficzna pozycja. I daje studentom możliwość kontaktu z pisarzem, a zatem możliwości nauki od kogoś, kto przeszedł już drogę, którą młodzi adepci chcą dopiero przebyć.

A droga autora Niemartwych jest dość barwna i obfitująca w ciekawe wydarzenia. Doktor Marcela jest absolwentem Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych na Uniwersytecie Śląskim, w ramach których realizował dwa kierunki: filologię polską (praca magisterska: Nie-ziemska podróż. Rzecz o „Soli ziemi” Józefa Wittlina) i filozofię (praca magisterska Zombie: Powrót potwora. Próba filozoficznej analizy zjawiska), a także różne przedmioty z psychologii, socjologii i kulturoznawstwa.

Był członkiem i założycielem Koła Naukowego Doktorantów Uniwersytetu Śląskiego, które współtworzył z Pawłem Tomczokiem, oraz członkiem Koła Naukowego „WolnoMISHliciele”, zrzeszającego studentów Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych. Wraz z Martą Baron i Ryszardem Knapkiem współtworzył naukowy ruch studencko-doktorancki.

Był także współorganizatorem konferencji: „Teoria nad-interpretacją?”, „Upiory, duchy, zjawy. Widmowe reprezentacje w popkulturze” i „Zombie w kulturze”, a także słynnej: „Potwory-Hybrydy-Mutanty. Pogranicza ludzkiej natury”. Jest także współautorem powieści science fiction napisanej w języku angielskim – GeneSis.

Mikołaj Marcela jest także autorem tekstów i współautorem muzyki zespołu Magnetic Clouds, który wziął udział w 7. edycji Must Be The Music. A po godzinach gotuje i prowadzi blog kulinarny „Kuchnia Dr. Marceli”, na łamach którego przedstawia przepisy na niezwykłe potrawy.

We wrześniu 2013 roku obronił rozprawę doktorską, którą przygotowuje do druku w Wydawnictwie Uniwersytetu Śląskiego. Książka ta jest historią pewnej ewolucji w obrębie naszej kultury. Można powiedzieć, że ludzie i potwory podlegają pewnym zmianom – od Frankensteina, czyli Nowoczesnego Prometeusza Mary Shelley do Prometeusza Ridleya Scotta. Co różni bohaterów tych tekstów? Przede wszystkim świadomość swojej istoty – w XXI wieku wiedzą już, że ludzcy stwórcy odepchnęli ich i skazali na zagładę.

Monstruarium nowoczesne bada też polityczny wymiar potworności, śledzi przemiany w figurze potwora, która była swego rodzaju odpowiedzią na różne zagrożenia kultury zachodniej. Przede wszystkim – jest figurą lęku przed Innym – a więc kimś nieprzynależnym do naszej grupy, kimś obcym. Często wampir wyraża lęk homoseksualny (Wampir Polidoriego, Carmilla Le Fanu, cykl Anne Rice), ale również obawy przed imigrantami czy emancypacją kobiet (Dracula). Z kolei zombie obrazują strach przed czarnoskórą ludnością (White Zombie, Noc żywych trupów), imigrantami (Świt żywych trupów), mieszkańcami Bliskiego Wschodu (Ziemia żywych trupów), ale i takimi plagami ponowoczesnych społeczeństw, takimi jak starzenie czy otyłość (Ze śmiercią jej do twarzy). Widma, duchy i zjawy to dla odmiany postacie, które (począwszy od Ducha Ojca w Hamlecie Szekspira) przybywają, by „wyrównać z nami rachunki”, dlatego ich pojawienie często powiązane zostaje z trwającym właśnie kryzysem ekonomicznym (Amityville, Duch, American Horror Story). Obcy to najczęściej figura wyrażająca lęk przed imigrantami (proza H.P. Lovecrafta, Dystrykt 9), ale również przed rosnącą rolą kobiet we współczesnym świecie (Gatunek), epidemią AIDS (Coś) czy wyalienowanymi korporacjami (Obcy). Natomiast androidy i cyborgi to głównie postacie strachu przed coraz większym wpływem technologii na życie ludzkie (Łowca androidów, Terminator, Ja, Robot, Surogaci).

Bohaterami Monstruarium nowoczesnego jest pięć potworów: wampir, zombie, widmo, obcy i cyborg. Śledzi ich losy od tekstów klasycznych po nowoczesne teksty kultury popularnej, tropi przemiany i pokazuje, że ich obecność służyła czemuś więcej, niż przyprawieniu czytelnika lub widza o gęsią skórkę.

Podobnie jest w powieści Niemartwi. Ekskursja zaprasza do księgarń po powieść już teraz, a po Monstruarium późnonowoczesne za kilka miesięcy.

Potwory popkultury, część 1

Żyjemy w czasach ekspansji popkultury, wśród filmów, seriali, komiksów, gier. Często ich bohaterami są potwory. Skąd się wzięły? Co znaczą? Otaczające nas memy domagają się antropologicznego i kulturoznawczego namysłu. Potworami w popkulturze zajmuje się doktor Mikołaj Marcela z Zakładu Historii Literatury Poromantycznej Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej im. Ireneusza Opackiego.

Jacques Derrida (1930-2004), jeden z najwybitniejszych filozofów XX wieku, „potwora” (z fr. le monstre) wywodzi na mocy etymologii od czasownika „pokazywać” (fr. montrer). W łacinie zaś monstrum pochodzi od monere – „ostrzegać”, „przypominać” (z tego źródłosłowu czerpie też rzeczownik „monitor”). A zatem potwór to coś, to „objawia”, „odsłania”, monstrum zaś jest pewnym konstruktem, projekcją naszej fantazji. Humanoidalne (wyglądem bliskie człowiekowi) potwory zostały we współczesnej kulturze (nie tylko popularnej) obdarzone mocą wydobywania na światło wypartego, ukrytego, niewygodnej prawdy o ludziach. Symbolizują to, co niejednoznaczne, co nie mieści się w określonych normach (społecznych, obyczajowych, politycznych).

Wyznacznikiem nowoczesności, od czasów Oświecenia, jest prymat Rozumu, który władczo podporządkowuje sobie wszystko, co Inne. Albo próbuje wyjaśnić, albo wyprzeć. W tej grupie znajdują się właśnie humanoidalne potwory (wampiry, widma, zombie, a później – obcy i cyborgi). Według mechanizmu opisanego przez niemieckiego psychoanalityka, Sigmunda Freuda (1856-1939), to co wyparte (ze świadomości jednostkowej lub zbiorowej) wcześniej czy później powraca do nas jako coś potwornego, zwielokrotnionego, budzącego lęk. To właśnie niesamowite.

Jeśli to co pierwotne, prymitywne, nieracjonalne zostaje wyrzucone poza obszar uniwersalnej ludzkości, jednocześnie staje się jej „cieniem”, rewersem tego, co akceptowalne społecznie. Dlatego nowoczesność, jako pewien projekt, jest nieustannie zagrożona przez powrót tego, co nie-nowoczesne. A figurami tego regresu są właśnie potwory.

1Słynna powieść Frankenstein, autorstwa angielskiej pisarki Mary Shelley (1797-1851), której głównym bohaterem jest wskrzeszony za pomocą energii elektrycznej trup, przypomina nam, że człowiek też jest stworzeniem nieudanym. Przed-nowoczesne potwory były jednak czymś zakazanym – nowoczesne są z kolei przedstawiane jako te, które drzemią w nas samych, są zinternalizowane. Granice między człowiekiem a potworem zostały zatarte.

Doktor Marcela bada teksty współczesnej popkultury i interpretuje je za pomocą narzędzi jakie daje nam teoria literatury, psychoanaliza, filmoznawstwo. I tak oglądając Czystą krew dochodzi do wniosku, że Bon Temps, w której mieszka Sookie Stackhouse, jest metaforą „globalnej wioski”, w której łatwiej spotkać wampira, zmiennokształtnego, wiedźmę czy wilkołaka niż człowieka. Bo ludzi, prawdziwych ludzi, już nie ma. Stajemy przed naszymi lękami: ludźmi jesteśmy tylko wtedy, gdy naszą potworność ukrywamy przed wzrokiem innych. Jeśli to się nie udaje – stajemy się potworami.

Mikołaj Marcela jest pomysłodawcą, współtwórcą i koordynatorem pierwszego na polskich uczelniach kierunku typu creative writing – „Sztuki pisania”. W świecie, w którym nieustannie generujemy teksty, w formie dłuższych lub krótszych wypowiedzi (od tweetów po powieści) – umiejętność ich tworzenia staje się bezcenna.

Studenci tego kierunku zdobywają wiedzę, ale przede wszystkim praktyczne umiejętności. Najpowszechniejszą bowiem technologią współczesnego świata – także w dobie mediów elektronicznych – pozostaje technologia pisma. Nie chodzi wszak tylko o ćwiczenia warsztatowe, a także o pobudzanie kreatywności. Każdy z nas ma w sobie historie, które można opowiedzieć. Trzeba tylko wiedzieć jak. Pomagają w tym ćwiczenia i laboratoria z wykładowcami, pracownikami wydawnictw i seminaria. To kierunek dla tych, którzy chcą być redaktorami, wydawcami, dziennikarzami, pracownikami agencji reklamowych a także literatami czy autorami scenariuszy.

Część druga już za tydzień!

Esoteric studies

Kultura i nauka Zachodu nie są tak jednolicie racjonalne, jak zwykło się je przedstawiać. Frances Yates jasno pokazała w swoich badaniach, że rozmaite ezoteryczne tradycje oddziaływały na kulturę i naukę – często w sposób subtelny ale niezwykle znaczący. Esoteric studies to dyscyplina naukowa, która zajmuje się zachodnią tradycją ezoteryczną i która próbuje przywrócić ezoteryce należne miejsce w historii cywilizacji Zachodu.

Choć badacze esoteric studies dużą wagę przywiązują do metodologicznej dokładności i naukowej perspektywy, z racji samego charakteru swojego przedmiotu zainteresowań oraz wielu stereotypów, narażeni są na ataki bądź nieporozumienia z przedstawicielami zarówno mieszczańskiego racjonalizmu, jak i ortodoksyjnego chrześcijaństwa. Ideologiczny opór sprawia, że dyscyplina ta rozwija się stosunkowo powoli. Innym problemem jest słabe zaplecze instytucjonalne, wymuszające niejako pracę w rozproszeniu – przedstawiciele tej dyscypliny zwykle związani są równocześnie z jakąś inną, właściwą sobie dyscypliną podstawową. Nadaje to esoteric studies charakter transdyscyplinarny, ale jednocześnie utrudnia komunikację i organizację.

W Polsce esoteric studies wciąż są w fazie początkowej. Zagadnienia związane z ezoteryką poruszane są zwykle okazyjnie, przez badaczy zajmujących się zwykle inną tematyką. Pojawia się jednak możliwe do zaobserwowania zainteresowanie studentów zachodnią tradycją ezoteryczną, co owocuje podejmowaniem tej tematyki w ramach prac magisterskich i licencjackich.

Jednym z prekursorów tych badań w Polsce jest doktor Krzysztof Grudnik z Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Śląskiego. Jego badania koncentrują się na relacjach między literaturą a okultyzmem od końca XIX wieku. Literatura nie istnieje w próżni, jest odbiciem kultury i społeczeństwa danego czasu, a więc badanie literackiego okultyzmu tego czasu musi wiązać się również z badaniem okultyzmu w kulturze literackiej i pozaliterackiej. Dlatego część badań dotyczy literatury, a część – kontekstów wyjaśniających taki kształt tych relacji.

1Przecieranie szlaków zaowocowało autorskim kursem, który Krzysztof Grudnik prowadził dla studentów Wydziału Filologicznego: „Tradycje ezoteryczne w literaturze”, na który oprócz studentów przychodzili często słuchacze nie związani ze światem akademickim. Dużym zainteresowaniem cieszą się też jego wystąpienia konferencyjne oraz wykłady dotyczące studiów ezoterycznych. Doktor Grudnik jest autorem monografii Tożsamość katoptryczna w nowelistyce Stefana Grabińskiego, a wiosną tego roku obronił rozprawę doktorską zatytułowaną Okultyzm w kulturze i literaturze przełomu XIX i XX wieku, która powinna ukazać się w drukiem w przyszłym roku.

Badacz współpracuje z jedynym w Polsce czasopismem naukowym, które podejmuje tematykę zachodniej tradycji ezoterycznej – „Hermaionem”. Co ciekawe – cały nakład czasopisma wyprzedaje się, co wskazuje na to, że mimo braku sensowych ram instytucjonalnych, w których esoteric studies mogłoby się swobodnie rozwijać – istnieje bardzo duże zapotrzebowanie na tego typu rozczytywanie kultury Zachodu.

Doktor Grudnik współpracuje także z z magazynem „Trans/Wizje” i „artPapierem”.  Przełożył z angielskiego rozprawę Gordana Djurdjevica Narodziny Nowego Eonu. Magija i Mistycyzm Thelemy z perspektywy ponowoczesnej a/teologii i opowiadanie Aleistera Crowleya Na rozstaju dróg. Oprócz tego zajmuje się także literaturą niesamowitą (a więc twórczością wspomnianego już Stefana Grabińskiego, Edgara Allana Poe, H.P. Lovecrafta i innych), zwłaszcza w kontekście psychoanalizy, magii i genologii oraz krytyką – literacką i muzyczną.

2Literatura i magia – która stanowi istotę okultyzmu – są ze sobą ściśle powiązane. W mitologiach bardzo często bogowie magii byli także bogami pisma: egipski Thot, nordycki Odyn, grecki Hermes i rzymski Merkury. W samym procesie tworzenia dzieła literackiego – powoływaniu do życia światów powstałych z fantazji – jest coś magicznego. Czytanie też ma taki charakter – dawniej jedynie kapłani posiadali tą „cudowną” moc zaklinania i wysłuchiwania tabliczek/papirusów, które „przemawiały do nich” magią liter. Oczywiście okultyści, należący do różnego rodzaju zakonów i organizacji, bardzo często sięgali po literaturę jako formę swej artystycznej ekspresji. Czasem – jak w przypadku Williama Butler Yeatsa – trudno jednoznacznie stwierdzić, czy bardziej był on pisarzem romansującym z rozmaitymi tajnymi bractwami, czy magiem dającym wyraz swoich zainteresowań w utworach literackich.

Te aspekty literackiego okultyzmu u pisarzy angielskich, irlandzkich, amerykańskich, francuskich czy niemieckich są już częściowo zbadane, istnieje literatura przedmiotu na ten temat, choć stosunkowo skąpa. Zupełnie inaczej wygląda to w przypadku literatury polskiej, gdzie nawet u pisarzy ewidentnie czerpiących z zachodniej ezoteryki, jak Stanisław Przybyszewski czy Tadeusz Miciński, te elementy są w najlepszym razie marginalizowane. A to zakłamuje obraz literatury polskiej, zwłaszcza okresu Młodej Polski i dwudziestolecia międzywojennego.

Aleksander Wat i ekonomia literatury, cz. 2

XX wiek był stuleciem dominacji wielkich systemów politycznych i ekonomicznych, które – chcąc nie chcąc – muszą oddziaływać na człowieka. Ekonomia – czy to kapitalistyczna, czy marksistowska – determinuje życie jednostek i społeczeństw. Jak wyczytywać świadectwa tego oddziaływania w literaturze?

Doktorat Marty Baron-Milian – Studium związków literatury i ekonomii w twórczości Aleksandra Wata – jest podsumowaniem pewnego etapu jej badawczych prac i studiów. W ramach Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych ukończyła kulturoznawstwo oraz filologię polską, pisząc prace o Stanisławie Barańczaku i Jerzym Ficowskim. Ta druga praca zdobyła Nagrodę im. Czesława Zgorzelskiego II stopnia w ogólnopolskim konkursie na najlepszą literaturoznawczą pracę magisterską i doczekała się publikacji w formie monografii Grzebanie grzebania. Archeolog i grabarz w twórczości Jerzego Ficowskiego.

W trakcie studiów doktoranckich w Instytucie Nauk o Literaturze Polskiej im. Ireneusza Opackiego brała udział w Międzyuczelnianym Programie Indywidualnych Studiów Doktoranckich Akademii „Artes Liberales” w Uniwersytecie Warszawskim i uzyskała grant badawczy Narodowego Centrum Nauki w konkursie Preludium. Ten zaś pozwolił jej na wyjazd na kwerendę do Beinecke Rare Book and Manuscript Library Uniwersytetu Yale w Stanach Zjednoczonych.

wat_plus_vat_oklSzukanie, badanie i archiwizowanie niepublikowanych dotąd zapisków Aleksandra Wata było nie tylko niezwykłym przeżyciem, rodzajem filologicznej archeologii, ale także wzbogaciło warsztat młodej badaczki i przyniosło wiele nowych materiałów do rozprawy doktorskiej. Choć czas pracy w archiwum był dla niej również czasem badawczej frustracji, przede wszystkim ze względu na ogromne trudności z odczytaniem rękopisów Wata. Najciekawsze z nich zapisane zostały drżącą ręką ciężko chorego przez wiele lat pisarza, a odcyfrowanie niektórych wydaje się zupełnie niemożliwe.

Jako współzałożycielka Koła Naukowego Doktorantów Wydziału Filologicznego UŚ realizowała wiele projektów (między innymi: Projekt Widmo, Potwory – Hybrydy – Mutanty. Pogranicza ludzkiej natury czy Teoria nad-interpretacją?). Współtworzyła tym samym studencki, a potem doktorancki ruch naukowy w katowickiej części filologii.

Zbieranie różnych doświadczeń, studiowanie w kilku ośrodkach, liczne spotkania na konferencjach i przede wszystkim samodzielne poszukiwania pozwoliły Marcie Baron-Milian na zbudowanie warsztatu, potrzebnego do podjęcia interdyscyplinarnych badań i stworzenie odczytań i interpretacji, które znacząco różniły się od dotychczasowych. Wpisała się tym samym w awangardę badań, humanistyka bowiem od pewnego czasu szuka nowych języków. Język ekonomii jest jednym z nich – ekonomia literatury najpierw była marksistowską próbą krytyki logiki kapitalizmu, dziś – jak pokazuje doktor Baron – staje się narzędziem, które pozwala pokazać bardzo różne uwikłania człowieka i ekonomii.

Jak zauważa autorka badań o twórczości Wata, metafory ekonomiczne rządzą twórczością poety, a jednocześnie nie przestaje on marzyć o wyrwaniu się spod dyktatu rynku, o życiu poza nim. Marzy o możliwości opowiadania o sobie poza pojęciami takimi jak buchalteria, rachunek ekonomiczny i rachunek sumienia, życie na kredyt, dług, grzech, wina, kara, odpłata, lichwa, procent. Logika kapitału jest bowiem w tej twórczości ewidentnym źródłem cierpień. Literatura staje się polem walki z tą opresją, jest szukaniem innego języka, który mógłby opowiedzieć o traumatycznym indywidualnym i społecznym doświadczeniu, o którym ekonomia opowiada jedynie językiem nauki.
Czym miałaby zatem być „ekonomia literatury”? Przede wszystkim opowieścią o ekonomii za pomocą innego języka, który jest alternatywny wobec praw rynku i matematycznych modeli. A może i więcej – o nadszarpnięcie za pomocą tej innej narracji dominacji logiki kapitału, podważenie samego medium pieniądza, obnażenie narracyjnego charakteru ekonomicznych teorii. Literatura zdaje się szczególnie predestynowana do takich gestów – od dawna uznawana za nadliczbową i niekonieczną, nie musi – jak pieniądz – szukać dla siebie pokrycia. Może więc bezkarnie obserwować ekonomiczną rzeczywistość z ukosa i stawiać jej medium w stan podejrzenia.

Takie czytanie literatury nie tylko pozwala na odkrycie tego, jak bardzo ekonomia na nas wpływa, jak bardzo nas kształtuje, jakiej poddaje (re)presji, ale także przywraca literaturze dawno utracony głos w dyskusji nad aktualnymi problemami.

Badania realizowane były w ramach grantu Narodowego Centrum Nauki nt. Studium związków literatury i ekonomii w twórczości Aleksandra Wata (nr projektu 2012/05/N/HS2/02947).

Zdjęcia autorstwa dr Marty Baron-Milian